Mistrz: prof. dr hab. Ryszard Laskowski

Prof. dr hab. Ryszard Laskowski

Nauki przyrodnicze

Prof. dr hab. Ryszard Laskowski – biolog, kierownik Zespołu Ekotoksykologii i Ekologii Stresu na Wydziale Biologii i Nauk o Ziemi. Prowadzi badania nad wpływem zanieczyszczeń przemysłowych i pestycydów na mikroorganizmy odpowiedzialne za podstawowe procesy biogeochemiczne oraz na populacje zwierząt, przede wszystkim bezkręgowców.

W szkole średniej marzyłem o…

Od najwcześniejszego dzieciństwa, jakiego jest w stanie sięgnąć moja pamięć, chciałem być biologiem. Przez lata nie zmieniło się w tej materii w zasadzie nic ponad to, że z upływem czasu krystalizowało się zrozumienie tego, co to znaczy „być biologiem”. Przez całą szkołę średnią przygotowywałem się właśnie do tego, uczęszczając do klasy o profilu biologiczno-chemicznym. Pod koniec liceum marzenia były już oczywistą konsekwencją wszystkiego, co robiłem w życiu wcześniej – otrzymać wymarzony indeks Uniwersytetu Jagiellońskiego; oczywiście na kierunku biologia (nawiasem mówiąc, w owych czasach było to faktycznie marzenie, bo kierunek był bardzo oblegany i trzeba było pokonać na egzaminach wstępnych kilkoro kontrkandydatów na każde oferowane na biologii miejsce). Myślę, że już wówczas marzyłem też o podjęciu w przyszłości pracy naukowej, choć na pewno najważniejsze było dostać się upragniony kierunek studiów.

Dla mnie studia to dojrzewanie, bo kształtują charakter i pomagają zrozumieć świat. Człowiek po pięciu latach studiów to już zupełnie inna osoba.

Kiedy myślę o studiach z uśmiechem wspominam…

Nie sposób podać jednego takiego wspomnienia. Całe studia to fantastyczny okres: czasami ciężkiej pracy, odrobiny nerwów przed niektórymi egzaminami, ale przede wszystkim czas fascynujący i radosny. Mimo dość paskudnych (ale na swój sposób ciekawych) czasów, na jaki przypadło moje studiowanie (stan wojenny, dramatyczna sytuacja gospodarcza i ekonomiczna, niewyobrażalne dziś trudności z podróżowaniem itd. itp.), to okres, gdy uśmiech nie schodził nam z twarzy. Na pewno do dziś uśmiech przywołuje wspomnienie, z jaką pasją angażowaliśmy się, w paru przyjaciół, w rozmaite przedsięwzięcia, grubo wykraczające poza ramy studiów: wolontariat przy pracach naukowych, organizowanie obozów naukowych i wypraw, „wkręcanie się” na różne wyjazdy terenowe, na które asystenci zabierali nas z dobrego serca, a może i trochę dla rozrywki – mieli przynajmniej gwarancję, że będą mieli w grupie paru pasjonatów, których nie będzie trzeba zmuszać do uganiania się za owadami z siatką na motyle. Nie sposób nie wspomnieć też o działalności w Kole Przyrodników, gdzie – znów w paru przyjaciół – wiedliśmy swego rodzaju równoległe życie: nikt dziś już nie pamięta, ile nocy spędziliśmy w ciemni fotograficznej, ile przekimaliśmy na fotelikach w siedzibie Koła… I te poranne wyprawy ze szczoteczką do zębów i ręcznikiem na ramieniu, przez główny hall Instytutu Zoologii, do łazienki. Tak, to z pewnością do dziś wywołuje uśmiech; zapewne nie tylko u mnie.

Dla mnie studia to…

Pasja, pasja, pasja. Jeśli koniecznie trzy różne słowa, to: pasja, dojrzewanie, przyszłość. Dlaczego pasja, to chyba oczywiste. Nie wyobrażam sobie studiowania bez pasji. Niestety, ku memu najwyższemu zdumieniu, odnoszę wrażenie, że wśród studentów strasznie mało jest pasjonatów. Z przykrością i zdziwieniem obserwuję młodych ludzi, którzy sprawiają wrażenie, jakby trafili na studia pod przymusem. Jeśli nie ma w tobie pasji, to po co tu jesteś? Dojrzewanie, bo studia kształtują charakter i pomagają zrozumieć świata. Człowiek po pięciu latach studiów to już zupełnie inna osoba. Sądzę, że nawet jeśli nie jest się pasjonatem, studia zmieniają człowieka. Potem się starzejemy, ale już nie dojrzewamy. Nasze poglądy krystalizują się na studiach. Przyszłość, bo to studia wyznaczają, jak potoczy się nasze życie. Oczywiście, w szczegółach dalsze losy zależą od splotu rozmaitych okoliczności, ale z powodów przedstawionych wyżej (dojrzewanie), od tego okresu życia zależy w znacznej mierze przyszłość większości studentów. Ci najbardziej zdeterminowani, pasjonaci właśnie, ale także umiejący pokierować swoim życiem już na tym jego etapie, na ogół dopinają swego i robią w przyszłości to, do czego w czasie studiów konsekwentnie dążyli.

Dzięki studiom inaczej spojrzałem na…

Postrzegania świata raczej nie zmieniło, ale z pewnością solidnie je ugruntowało. Miałem szczęście wychowywać się w rodzinie inteligenckiej, z rodzicami reprezentującymi odmienne światopoglądy. Dzięki temu od najmłodszych lat byłem eksponowany na różne punkty widzenia, co pozwoliło na krystalizowanie się mojego postrzegania świata już od wczesnego dzieciństwa. Może to zaskakujące, może wręcz zabrzmi niezbyt wiarygodnie, ale prawda jest taka, że światopogląd miałem solidnie ukształtowany już w okolicach szóstej – siódmej klasy szkoły podstawowej. Do pewnego stopnia podjęcie studiów biologicznych było też jakąś konsekwencją tego, wówczas już solidnie wyrobionego, światopoglądu. Jednak na pierwszym miejscu z pewnością była i wciąż jest pasja poznawania świata.

Mój przepis na mistrzostwo w swojej dziedzinie…

Boję się, że aby podawać tego rodzaju „przepisy”, trzeba się najpierw poczuć mistrzem. Ja się nie czuję. Uważam się za pasjonata swojego zawodu; zresztą za pasjonata w ogóle – czymkolwiek się w życiu zajmowałem, zawsze robiłem to z pasją. Ale być może to właśnie jest część odpowiedzi na zadane pytanie? Mistrzostwo, w jakiejkolwiek dziedzinie, oznacza przede wszystkim mnóstwo pracy, ale sama ciężka praca jeszcze mistrza nie czyni. Może więc to właśnie specyficzne połączenie pracy i pasji pozwala wspiąć się na wyżyny? Wówczas ta praca, choćby nie wiem jak ciężka, nie jest znojem, lecz przyjemnością. Nie raz zaczynałem pracę rano, a kończyłem koło 2 – 3 w nocy; i kończyłem nie dlatego, bym się czuł znużony czy zmęczony, lecz z rozsądku – bo wiedziałem, że trzeba się przespać, by rano wrócić do pracy ze świeżą głową. Nie sądzę, by taki tryb życia był możliwy bez pasji. Kolejne dwa elementy układanki, której końcem ma być mistrzostwo, przynajmniej w nauce, to nie bać się uczyć i szukać kontaktów z lepszymi. W tym ostatnim względzie miałem sporo szczęścia: od początku pracy na uczelni byłem otoczony postaciami wybitnymi, wiele kolejnych spotkałem później, gdzieś w świecie. Moja kariera zawodowa, mój status z pewnością wyglądałyby inaczej, gdyby nie wszyscy ci ludzie, których miałem szczęście spotkać i spośród których większość należy dziś do grona moich przyjaciół.

Miałem ogromne szczęście, że moje życie wręcz obrodziło w autorytety, z których każdy miał swój udział w kształtowaniu mojego charakteru lub w inspirowaniu do działania.

Punkt zwrotny w karierze

Myślę, że były takie punkty co najmniej trzy. Po pierwsze, nie byłoby pewnie żadnej kariery naukowej, gdyby prof. Władysław Grodziński nie wybrał właśnie mnie na stanowisko asystenta w swoim nowoutworzonym Zakładzie Ekologii Ekosystemów w 1984 roku. Czasy były inne, niewyobrażalne dla obecnych młodych uczonych – wówczas nie mogłem nawet marzyć o aplikowaniu na jakaś zagraniczną uczelnię, bo żyliśmy za żelazną kurtyną (nie mieliśmy nawet paszportów!). Nie było „grantów” badawczych, o które mogliby się ubiegać młodzi badacze; nie było też „grantów”, w ramach których zatrudniano by asystentów. Zdobycie pracy na uczelni graniczyło z cudem – i ten cud mnie się właśnie przytrafił. Punkt zwrotny numer dwa nastąpił, niestety, bardzo szybko po pierwszym. Choć to punkt zwrotny w mojej karierze, nie sposób napisać o nim inaczej, niż właśnie „niestety” – w cztery lata po zatrudnieniu mnie na Uniwersytecie Jagiellońskim zmarł profesor Grodziński. Nagle, będąc młodym asystentem bez doktoratu, musiałem przejąć sporo jego obowiązków. Oczywiście nie mogłem przejąć wszystkich – ani nie byłem do tego przygotowany, ani nie było to możliwe z formalnego punktu widzenia. Moim nowym szefem – a później niezastąpionym przyjacielem – został prof. (wtedy jeszcze nie profesor) January Weiner. Ja jednak zostałem z kierownictwem sporego projektu badawczego − wówczas rzecz absolutnie nie do pomyślenia (i, przyznaję, dziwnie się czułem na spotkaniach kierownictwa całego konsorcjum, gdzie najmłodsi liderzy innych grup badawczych byli ode mnie starsi o co najmniej 20-30 lat). Tak więc zostałem niespodziewanie bodaj najmłodszym w Polsce kierownikiem projektu badawczego. Dzięki ofiarności i zapałowi moich przyjaciół, zwłaszcza Marii Niklińskiej (obecnie dyrektor Instytutu Nauk o Środowisku) i Macieja Maryańskiego (obecnie w biznesie), jakimś cudem udało się ten projekt zrealizować, a my opublikowaliśmy całkiem nieźle swoje pierwsze prace naukowe. I wreszcie trzeci punkt zwrotny, o którym do znudzenia opowiadam moim młodszym kolegom: jakieś parę miesięcy po śmierci prof. Grodzińskiego wezwał mnie na rozmowę mój nowy szef i zadał pytanie, delikatnie mówiąc, zaskakujące: czy mam zamiar zostać kiedyś profesorem? Bo jeśli tak, to raczej powinienem się zabrać solidnie do pracy i zrobić wreszcie doktorat... Pytanie padło i jakkolwiek absurdalnie dla mnie wówczas nie brzmiało, trzeba było na nie odpowiedzieć; zresztą nie tylko szefowi, ale także sobie − może nawet przede wszystkim sobie. Odpowiedziałem „tak”. I cóż – jestem tu, gdzie jestem. Od owego „tak” do profesury minęło około 13 lat.

Moje spotkanie z Mistrzem

Po części odpowiedziałem na to pytanie już wcześniej, opisując różne etapy mojego życia i tak zwanej kariery zawodowej. A zatem tak – miałem ogromne szczęście, że moje życie wręcz obrodziło w autorytety, z których każdy miał swój udział w kształtowaniu mojego charakteru lub w inspirowaniu do działania. Nie mogę nie zacząć od rodziców – matka jest biologiem, ojciec był językoznawcą. Bez nich nie tylko nie byłoby mnie fizycznie, ale z pewnością nie byłbym też tym, kim jestem. Pozostaną moimi autorytetami na zawsze. Później byli nauczyciele – jak to w życiu, lepsi i gorsi, ale miałem wyjątkowe szczęście do biologów, a licealny wychowawca, biolog i chemik, Stanisław Jórasz, dziś mój serdeczny przyjaciel, odcisnął piętno w owym czasie największe. Wreszcie przyszły studia i czas tuż po studiach, gdy ostatecznie kształtuje się młody uczony. To wówczas wybrałem na opiekuna pracy magisterskiej prof. Adama Łomnickiego (kto go zna, będzie wiedział o czym mówię – ten człowiek odciska piętno na każdym!) – i to była jedna z tych „decyzji życia”. Później był wspomniany prof. Grodziński, który choć krótko miał okazję kierować moim naukowym życiem, niewątpliwie był jedną z ważniejszych postaci w mojej karierze. Jak wyglądałyby moje losy bez omnibusa Januarego Weinera – nawet trudno mi sobie wyobrazić. Nie mogę też nie wspomnieć prof. Jana Kozłowskiego, którego entuzjazm jest wręcz zaraźliwy, a bezmiar wiedzy tyleż onieśmielający, co mobilizujący. Wszyscy oni, ze smutnym wyjątkiem nieżyjącego prof. Grodzińskiego, to teraz moi serdeczni przyjaciele, którzy mimo upływu lat nie przestają imponować i inspirować. I dopiero teraz, z perspektywy czasu, widzę, jak ogromne dopisało mi szczęście.